Po brutalnym, pełnym zaciętości finale Hiszpania została 9 drużyną w historii, która możecie poszczycić się mianem mistrza świata. Sprzyjało im wszysto - nieprzeciętne umiejętności, nieskuteczni Holendrzy i prorocze ośmiornice.
Widzowie, którzy mieli szczęście dostania się 11 lipca na stadion w Johannesburgu mogli zobaczyć walkę prawdziwych gladiatorów dzisiejszej piłki nożnej. Przez wielu typowani jako faworyci, bajecznie wyszkoleni i będący filarami największych klubowych potęg świata, Holendrzy i Hiszpanie postanowili walczyć o wszystko. I to nie przebierając w środach - światowa prasa tego samego dnia okrzyknęła finał w RPA najbardziej brutalnym finałem w historii Pucharu Świata.
Mecz ten był dla Hiszpanów z pewnością najtrudniejszym w całym turnieju. Niesamowicie szybcy Holendrzy wiele razy byli o włos od wyjścia na prowadzenie, jednak zawsze na posterunku stał niczym opoka Iker Casillas. Zwątpienia i strachu przed porażką zaznali też Oranje, co widać było w dogrywce, kiedy totalnie wykończeni Robben i Sneijder nie byli w stanie dobiec do dalekich piłek wysyłanych na wolne pole. Zmiana potrzebna była nawet liderowi drużyny Dirkowi Kautowi. Dopiero po 115 minutach skutecznością popisała się La Roja, a konkretnie Inesta, który w tradycyjnym hiszpańskim stylu ustalił wynik meczu na 1:0.
Po 5 minutach, w których zdruzgotana Holandia nie była w stanie podnieśc się do ostatniego wysiłku i oddawała jedynie strzały na wiwat, na boisku pojawiła się prawdziwa Czerwona Furia, gdy cała ławka Hiszpanów wbiegła na murawę. A mieli się z czego cieszyć, bo takiej gry, jaką pokazują przez ostatnie 2 lata nie widzieli jeszcze nigdy i być może długo nie zobaczą. Poczynając od Mistrzostwa Europy z 2008 roku, Hiszpania kontynuuje swój mistrzowski pochód. Po raz pierwszy dotarli do finału i po raz pierwszy mogli założyć przygotowane wcześniej koszulki z wyszytą złotą gwiazdą, którą noszą tylko mistrzowie świata. Nawet Casillas, który nigdy na boisku nie okazuje emocji i pozostaje skoncentrowany do ostatniego gwizdka, po bramce Inesty długo płakał ze szczęścia.
Jaki był Mundial w RPA? Wielu będzie na niego narzekać. Za mało emocjonujące mecze grupowe, za ogłuszające i denerwujące wuwuzele, za wypaczające wyniki decyzje sędziowskie. Był to jednak turniej dla wielu wspaniały i pamiętny. Dla Urugwaju i Holandii, małych krajów, które przypomniały sobie o czasach futbolowej wielkości. Dla FIFA, bo w mediach szybko nie ucichną głosy domagające się reformy światowej piłki i wprowadzenia pomocy technicznych do pracy sędziów, przez co długo jeszcze będzie musiał z dziennikarzami dyskutować Joseph Blatter. A z pewnością swój pierwszy Mundial na długo zapamięta Afryka, bo chociaż krytykowana wielokrotnie za słabą organizację, to jednak dla kontynentu, który dla wielu wciąż jest krańcem świata, to wielkie osiągnięcie.
Pozostaje z nostagią wyłączyć telewizor. I czekać na historyczne Mistrzostwa Europy w Polsce i Mundial w Brazylii za kolejne 4 lata.